top of page

#sytobrunch w zaczarowanych Sadach Rajewscy



Ostatni weekend lata to poszukiwanie lekkości, błogości oraz pogoń za ciepłem, które fundują nam ostatnie promienie słoneczne. Jeszcze kilka dni, a ta ogromna kula ciepła usunie się w cień deszczowych chmur i porywistych wiatrów. Na dobre otulimy się w ciepłe swetry oraz szaliki, by w te jesienne dni, w spokoju przygotować się na zimę.


Nim na dobre pochłonie nas jesienna aura, przeżyjmy wspólnie ten magiczny brunch w Sadach Rajewscy, gdzie na kilka godzin uciekliśmy z miasta do pięknego i malowniczego sadu jabłkowego.





20 minut, dokładnie tyle zajmuje droga samochodem z centrum miasta, do tego magicznego i wyjątkowego świata. Drzwi do tego miejsca, otwiera Ci cała rodzina, ponieważ Sady Rajewscy to rodzinna firma, która powstała na gruncie wielopokoleniowego sadu owocowego prowadzonego w miejscowości Karwowo pod Szczecinem.


Od 1964r trzy pokolenia sadowników, którzy z szacunkiem do ziemi i w zgodzie z naturą doglądają drzew zarówno starych, tradycyjnych, jak i nowych odmian jabłoni, grusz czy śliwek.

To już druga edycja #sytobrunch w Sadach Rajewscy i po raz drugi, przeżywam to z taką samą ekscytacją oraz zachwytem, jak za pierwszym razem, jednak zależało mi na tym, aby tegoroczna edycja była zupełnie inna niż zeszłoroczna.



Wszystko było zaplanowane. W głowie szalały piękne wizje, aby stół rozświetlały promienie słoneczne, jednak prognoza pogody, od tygodnia przepowiadała deszcze. Od samego początku wierzyłam, że będziemy mieli najlepsze z możliwych warunków, jednak nie spodziewałam się takiego festiwalu zachwytów.





Pierwsze momenty spędziliśmy pod szarogranatowymi chmurami, a ja z uciskiem w żołądku powtarzałam sobie w głowie, że nie będzie padać, że będzie dobrze. Wiatr hulał w najlepsze. Pierwsze krople deszczu spadły w momencie, kiedy pierwsi goście zaczęli gromadzić się dookoła stołu. Uspokoiło się. Usiedliśmy, rozpoczęliśmy ucztę i po 15 minutach od pierwszych uderzeń sztućców o talerze, powoli zaczęły wychodzić pierwsze promienie słońca. Najpierw nieśmiało zawitały na stół, by po chwili, z pełną mocą, do samego końca, ogrzewać wszystkich uczestników niedzielnego brunchu.




Kolorami przewodnimi brunchu była zieleń, fiolet oraz biel.

Zieleń symbolizuje naturę, którą otaczała nas z każdej strony. To również kolor liści i mój osobisty symbol spokoju. Fiolet to inspiracja skradziona z wrześniowych wrzosów oraz fig, które jesienią królują na naszych stołach. Ten kolor kojarzy mi się również z tajemniczością oraz ulotnością chwili. By nadać nuty elegancji i czystości, wybrałam biel złamaną ostatnimi promieniami letniego słońca. To kwintesencja lekkości i błogości, której zaznaliśmy, ucztując pomiędzy wiekowymi jabłonkami.





Stoły pokryły białe, długie do ziemi obrusy, które były wspaniałym tłem dla serwet w kolorze wrzosów oraz talerzy od Propsy Home. Wybrałam naczynia, które dawno straciły swoją parę i przywołują wspomnienia z najlepszych wakacji u babci na wsi. Każdy inny, każdy wyjątkowy, każdy po brzegi wypełniony historiami z poprzednich dekad. Tym spotkaniem dołożyliśmy do tych talerzy, kolejną wspaniałą historię, którą może ktoś kiedyś odczyta z zarysowań namalowanych sztućcami.








Dopełnieniem brunchowewgo stołu, jak zawsze są kwiaty, a te powkładane w różnej wielkości buteleczki od Manimali, prezentowały się tak, jakby chwilę wcześniej zostały zerwane prosta z pola. Lekkie, delikatne oraz subtelne. Piękne białe dalie, fioletowe goździki oraz limonium nadawały nutki elegancji, a mikołajek oraz czosnek kulisty były symbolem sielskości. Wszystko prezentowała perfekcyjnie.



Zastawa oraz kwiaty to jedno, jednak najważniejszym elementem każdego brunchu jest JEDZENIE. Przy komponowaniu menu, jak zawsze kierowałam się sezonowością warzyw oraz owoców, a tych,

w ryneczkowych skrzynkach nie brakowało.



Koniec lata i początek jesieni to istny festiwal moich ulubionych smaków. To czas, kiedy pierwsze skrzypce gra dynia, kukurydza, figi, cukinia, brukselka czy śliwki. Tym razem w menu pojawiła się pieczona dynia z grillowaną kukurydzą, fetą, miętą i pestkami dyni, bigos z cukinii z marchewką oraz jabłkami, daktylowa nutella, smażona brukselka na ciepło z miso z babcinymi piklami czy sałatka z pieczonego kalafiora z winogronem, orzechami włoskimi i cheddarem.




Nim zdążyłam się obejrzeć, a z misek oraz talerzy zniknęło większość jedzenia. Przekładane z rąk do rąk miseczki, wędrowały po stole, ciesząc Wasze podniebienia, na chwile przerywając niekończące się rozmowy. Jednak z krzeseł poderwał Was widok nadchodzących ciast...




A tych były trzy rodzaje: tofurnik dyniowy z malinowym kiślem, placek śliwkowy z pomarańczą oraz słodka tarta na cieście drożdżowym z kozim serem oraz figami. Obłęd na podniebieniach i iście letni smak zamknięty w kilku kawałkach. Do tego idealnie pasował sok jabłkowy od Sady Rajewscy, w którym został zamknięty smak najlepszych jabłek.


I tak w tych ostatnich promieniach letniego słońca rozmawialiśmy o tym, co najbardziej nas zachwyca, co trapi i o czym marzymy. Z przyjemnością patrzyłam na wszystkich gości, którzy bez mojego udziału, z uśmiechem na twarzy i z otwartością w sercu, zatracają się w rozmowach z nieznajomymi, by po brunch wyjść z garścią nowych znajomości.



Mimo wszystko najpiękniejszym widokiem jest moment, kiedy dostrzegam przy tym jednym stole, tak dużą wiekową różnorodność. Były osoby, które dopiero, co skończyły studia, które same uczą inne osoby, jak również goście, którzy cieszą się życiem na emeryturze. Piękny obraz, który daje nadzieję oraz jest przykładem na to, że wiek to tylko liczba, a liczy się to, co nosimy w sercu. Jestem poruszona!




I to by było na tyle.

Kolejna brunchowi historia została zapisana na kartach mojej pamięci. Po raz kolejny moje serce zostało napełnione energią, która nie pozwala zwalniać! Po takim spotkaniu chce tylko więcej!


Karolina, Tomek i cała rodzino Rajewskich - DZIĘKUJĘ z całego mojego burnchowego serca za gościnę, rodzinne ciepło i otwartość na drugiego człowieka. To ile pracy włożyliście, abyśmy w ten jeden dzień w roku mogli usiąść przy wspólnym stole, to nie mam słów! Stworzyliście wspaniałe miejsce, które nie tylko płodzi przepyszne owoce, ale również, gromadzi dookoła siebie wspaniałych ludzi! Jestem Waszą wielką fanką! Robicie kawał niesamowitej roboty!


Asia - dziękuję za uwiecznienie tych magicznych chwil spędzonych w sadzie. Za czujne oko i uchwycone piękno tej zapierającej dech w piersiach natury, ukrytej pomiędzy alejkami.



#sytobrunch w Sadach Rajewscy nie powstałby, gdyby niewspółpraca z wieloma lokalnymi (i nie tylko! ) firmami:


Sady Rajewscy - lokalizacja oraz soki

Joanna Kaźmierczak - zdjęcia

PropsyHome - zastawa: talerze oraz karafki na wodę

Manimali - wazony i wsparcie florystyczne

U.Studio - sprzęt cateringowy

Mamy to! - obrusy i serwety

PixieDixieStudio - oprawa graficzna, menu i etykiety

to.kawa - zapas lokalnej, najlepszej kawy

Ayursofia - ziołowe napary

Mama Beata - wsparcie w pieczeniu ciast


Więcej o projekcie #sytobrunch oraz kolejnych datach spotkań, odsyłam na Instagramowe konto.

Dodaj do obserwowanych i bądź na bieżąco!












Jeżeli nie masz konta na Instagramie, zawsze możesz wysłać zapytanie na maila sytobrunch@gmail.com



Do zobaczenia przy wspólnym stole!

Magdalena


bottom of page